BENEFICIARZ

Zaktualizowano: 20 lut

Sąsiad usiadł naprzeciwko mnie, przy okrągłym stole w jadalni i rozejrzał się dookoła. Jego wzrok prześliznął się po dwóćh kremowych kredensach i zauważyłam, że szaroniebieskie oczy szybko zeskanowały zawartość. Potem spojrzał w drugą stronę, omiatając pomieszczenie tym samym spojrzeniem. Miałam wrażenie, że on, sąsiad z naprzeciwka, dokładnie zapamiętał wyposażenie mojej jadalni. Jednak nie wiedziałam, czy to, co zauważyłam, to była prawda, czy też może wytwór mojej percepcji. Wiedziałam, że sąsiad jest beneficiarzem, że mieszka w domu bez podłogi, że nie pracuje. Wszystko to zdążył mi już o sobie powiedzieć. Pochwalił się też, że nigdy w swoim pięćdziesięcioletnim życiu nie zapłacił council taxu. Było to jego dumą i, w jego mniemaniu, świadczyło o wielkiej mądrości. Obserwując sąsiada omiatającego wzrokiem jadalnię, zauważyłam, że moje postrzeganie jego skanowania, jest cholernie zdeterminowane opinią na temat beneficiarzy. Lenie, złodzieje, kombinatorzy, tylko tyle mogłam o nich powiedzieć. Jeśli sąsiad byłby pracującym na pełny etat facetem, mającym dom na kredyt, zapewne jego skanowanie mojej jadalni uznałabym za przejaw ciekawości. I może nawet podziwu. Ale, że sąsiad był beneficiarzem, mieszkającym w domu bez podłogi, uznałam, że skanuje on pod kątem włamania. Na szczęście mogłam zaobserwować swoje własne obserwowanie i działo się to w tempie tak samo błyskawicznym, w jakim sąsiad skanował jadalnię. Kiedy spojrzał na mnie analiza była już schowana w jednej z szuflad mej głowy, a ja ukazywałam twarz anioła.

- Przyszedłem zobaczyć jaką sztukę tworzysz – powiedział i wziął duży łyk kawy.

Poznałam go na aplikacji zwanej Nexdoor. Dzisiaj wszystkie znajomości zaczynają się od wirtualnego kliknięcia. Ja jednak lubię sprawdzać czy klika też i w realu, więc zaprosiłam sąsiada na kawę. Myślę, że nie przyszedł zobaczyć mojej sztuki. Myślę, że przyszedł po prostu mnie wybadać. Czy robił to świadomie czy nie, tego jeszcze nie wiedziałam. Ale był otwarty i powiedział o sobie dość sporo. Mówił, że po rozwodzie postanowił nie spłacać swoich długów i żyć na benefitach, że nigdy nie pracował legalnie, nie płacił podatków, mieszkał w jednym pokoju, w domu będącym totalną ruderą, który to dom, podobno, wynajmował za trzysta funtów miesięcznie. Gdybym nie mieszkała w Anglii dziesięć lat, to myślałabym, że rudery nie można wystawić do wynajęcia. W tym kraju okazywało się jednak, że wynająć można wszystko. Tylko trzeba wiedzieć komu. Na przykład komórkę w ogródku można było podnająć na krótki okres czasu emigrantom z Pakistanu. Pan Szejk mówił, że tak się robiło do niedawna w jego okolicy. Emigrant emigrantowi nierówny. Ale jednak są na tym świecie ludzie, którzy będą cię po dupie całować za dwa metry kwadratowe w nieogrzewanym domu. Wiedzieli o tym wszyscy landlordowie, którzy kiedykolwiek mieli cokolwiek wspólnego z emigrantami. Wystarczyło tylko raz załapać odpowiednie kontakty i potem już można było ciągnać.

- Kupiłaś czy wynajmujesz? – zapytał sąsiąd po drugim łyku kawy. - Kupiłam – odpowiedziałam.

Kiedyś byłby to dla mnie powód do dumy, ale od jakiegoś czasu zastanawiało mie mocno, co jest mądrością, a co głupotą. - Jesteś niewolnikiem systemu - stwierdził sąsiad, dając mi do zrozumienia, że w jego opinii jestem głupia.

Dobrze, że dla kontrastu moja dobra przyjaciółka uważała posiadanie domu za inwestycyjną mądrość. Ona sama miała dom w kredycie, warty trzy razy tyle co mój. Miała też w kredycie pięknego jaguara. Sama namawiała mnie abym sobie wzieła pożyczkę na samochód, bo przecież to moje siedemnastoletnie, rozklekotane i ledwo zipiące Suzuki wołało o pomstę do nieba. A ja przecież zasługiwałam na coś lepszego, mówiła przyjaciółka. Zasługiwałam, ale nie chciałam. Bo moje ciało w odcinku lędźwiowym miało o mnie to samo zdanie, co sąsiad beneficiarz.

- Jesteś niewolnikiem systemu – mówiło – Jak nie przestaniesz, to nie tylko nie będziemy spać, ale też dostaniemy raka.

- Zmiłuj się nad nami wszystkimi – wrzeszczały komórki - Przestań tyle pracować, bo umrzemy. I nie zdążymy się nacieszyć tymi twoimi onyksowymi stoliczkami i innymi pierdolniczkami.

Sąsiad rozejrzał się raz jeszcze dookoła, a ja przyznałam bez komentarza z jego strony, że jadalnia jest zdecydowanie przeładowana.

- Ja mam na odwrót – stwierdził – Jestem minimalistą.

Sąsiad przypominał mi Pana Szejka. Nie z wyglądu, ale ze stylu życia. Przypominał mi też Pana Rzeźbiarza z Iranu, którego miałam okazję poznać w czasie spotkań z Aplikacji do kojarzenia małżeństw muzułmańskich. Zarówno sąsiad beneficiarz, jak i rzeźbiarz i Szejk mieli ze sobą coś wspólnego. A była to definicja mądrości i głupoty.

- Co robisz w życiu? – zapytałam kiedyś Rzeźbiarza z Iranu. - Nic – odpowiedział – Mieszkam w centrum dla uchodźców więc śpię całymi dniami i czasem chodzę na siłownię.

- Powinieneś iść do pracy – doradzałam – I powinieneś nauczyć się angielskiego. Będziesz się lepiej czuł ze sobą samym!

- Ty chyba masz urojenia – odpowiedział dając mi do zrozumienia, że moja resocjalizacja jego osoby raczej się nie powiedzie.

Nie da się chyba zersocjalizować definicji mądrości i głupoty. To tak jakby z leniwca chcieć zrobić Łyska z pokładu Idy. Śmiech na sali! Mogłabym mu powiedzieć, że zasługuje na więcej, ale tak samo na więcej zasługiwałam ja w mniemaniu mojej przyjaciółki, która doradzała mi lepszy samochód. - Też chciałabym być minimalistką – powiedziałam powracając do konwersacji z sąsiadem beneficiarzem, siędzącym przy okrągłym stole jadalni – Ale nie potrafię.

Zastanawiałam się skąd się biorą wybory życiowe. Czy sąsiad był beneficiarzem minimalistą, bo taka była jego życiowa filozofia? A może po prostu dorobił sobie ideologię do lenistwa i nieudaczności. Ja byłam wychowana w kulcie pracy. Ojciec potrafił mie wyciągnąć za włosy z łóżka jeśli za długo spałam w dzień wolny. Ucieczką od rzeczywistości małej wioski była dla mnie szkoła i system, więc wyedukowałam się na konia pociągowego z dwoma kredytami na karku. I byłam nawet z siebie dumna. Ale kiedy Borys postanowił wszystkich zaszprycować pod groźbą utraty dorobku życia, poczułam, że znalazłam się w pułapce.

- Tobie nic nie mogą zabrać, bo ty nic nie masz – powiedziałam do sąsiada beneficiarza, który kończył kawę.

- Zrozumiałaś! – uśmiechnął się z dumą ukazując przy tym nieco wybrakowany uśmiech.

Kiedy odprowadzałam sąsiada do drzwi, zauważyłam, że omiótł szybko wzrokiem korytarz oraz wejście na górę. Przez moment wygladał nawet jakby jego wzrok zakręcił i wszedł do mojej sypialni. Kiedy zamknął za sobą drzwi, stwierdziłam, że zdecydowanie mądrość i głupota były wynikiem percepcji, a ja mogłam powiedzieć tylko, że wiem, że nic nie wiem. I że życie pokaże mi co dalej w związku z sąsiadem, pracą, kredytem i bólami w ciele. Nauczona byłam, że jak będę ciężko pracować to będę aniołem a jak leniuchowac to diabłem. Sąsiad beneficiarz dał mi do zrozumienia, że Lucyfer jest znacznie mądrzejszy od anioła. Ktoś powiedziałaby mi może, że powinnam się trzymać z daleka od beneficiarza, bo się mi stanie coś złego. Podobnie powinnam się trzymać z daleka od Pakistańców. Ale już blisko Polaków. Ale takie rady były tylko zaklinaniem rzeczywistości. Opierały się na wierze i przekonaniach, które zapewniały pomyślność niczym czerwony sznurek po babci. Zapewniały zbawienie niczym komunia święta. Od jakiegoś czasu pewna część mnie poddawała w wątpliwość zaklinanie rzeczywistości. Bo sąsiada baneficiarza mógł nie przysłać wcale Lucyfer, tylko sam Gabriel będący w zmowie z moim ciałem, co chciało odpocząć. I wtedy ten Gabriel byłby mądry. Bo powiedziałby z miłością, że nie muszę być Łyskiem. Co jest mądrością a co głupotą?

Ale w tym wszystkim było jedno światełko w tunelu. Myśl, że dobrze było mieć znajomych w różnych środowskach. Tych z kredytami i tych z benefitami. Tych z jaguarami i tych w domach bez podłogi. Leniwców, osłów i koni pociągowych. Polaków, Anglików i Pakistańców. Bo nie wiadomo kto kiedy i do czego mógł się przydać. Bo jakby, na przykład, przyszły ciężkie czasy i dawaliby chleb za Szahadę, to ja bym ten chleb dostała...





305 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

ZAKLĘCIE