INTEGRACJA DIABŁA

Zaktualizowano: 29 wrz 2021


Duduk wołał do mnie niczym niechciane, porzucone stworzenie. Smutny śpiew drewna moreli zawodził, prosząc o uwagę. Coś tam było ważnego. Coś się upominało. Chciało zostać odnalezione i przywrócone. Znowu przyszły znaki. Listopad był zimny, ale deszczem jeszcze nie rzucało o okna. Przyczyną potopu była nie pogoda, ale stare Clio. Olej wyciekał z niego, pozostawiając wielkie, tłuste plamy na parkingu przed wynajmowanym domem. Niedobrze, oj niedobrze. Patrzyłam na niego smutno za każdym razem kiedy wyglądałam przez okno. Wiedziałam, że stare Clio weszło właśnie w stan agonii. Dogorywało. Plama pod nim robiła się coraz większa. Chciałam pozostać przy nim, patrząc przez okno, lecz ten cholerny duduk z drzewa moreli zawodził, wołając mnie magnetycznie w swoją stronę, jak głos przeznaczenia jakiś. Cholera! Iść mi trzeba było.

Armenia. To stamtąd pochodził głos drzewa morelowego i tam najpierw wołało to, co odtrącone. Pierwsze państwo chrześcijańskie z potomkami ponoć samego Noego, kryło wskazówki. Arka. Arka Noego, pomyślałam, choć teraz góra ta już zabrana została przez Turcję. Ale Arka symbolem była przecież końca potopu! Ten koniec mógł oznaczać tylko wyprawę po nowy pojazd.

Pojechałam więc dnia następnego, a nosowy głos duduka nie opuszczał moich uszu. Prowadził tak, abym znalazła. Clio zabrali w ostatnią podróż, razem z moim błogosławieństwem i podziękowaniem za wspólne chwile. Umarł król, niech żyje król, pomyślałam, kiedy duduk przywiódł mnie do Kurda, który miał coś dla mnie. Delikatny ten pojazd, pomyślałam, ale wiedziałam, że to ma być ten, bo imię nosił Noego właśnie. Kolor miał krwiście czerwony, jak korale góralek. Duduk zawodził głośniej i usłuszałam nutę radości. Wszystko wyglądało na jakiś plan misterny. Być może to, co odtrącone i porzucone było już blisko. Kupiłam to auto z upustem jeszcze w wysokości trzystu funtów. Duduk się cieszył, oj jak on się cieszył! Po formalnościach usiedliśmy z Kurdem przy herbacie, parzonej w orientalnych szklaneczkach, pochodzących z samego chyba Kurdystanu. I przy tej herbacie, i z głosem duduka w tle, rozmowa toczyła się przez trzy godziny. Bo Kurdowi przeszkadzała moja chustka na głowie uparcie noszona, niczym talizmam chroniący przed złem tego świata. Więc pytał. I mówił też sam od siebie. Powiedział, że sito, które odsiewa ziarna od plew, jest tylko narzędziem i musi zostać kiedyś odłożone. Bo jeśli już wszystko przesieje, to pozostaną w nim same plewy. I sito pełne tych plew samo stanie się zbrukane i bezużyteczne. Ludzkość się rozwija a słowa proroków zrobiły już swoją robotę. Przyszedł czas nowej ery i nowych doświadczeń. Bo czym zło i dobro jest jak nie tylko pomysłem na życie, konceptem już nie potrzebnym. A czym Diabeł jest? On tylko przecież robi swoją robotę. To prawda, pomyślałam a duduk skowytał już teraz szaleńczo. Melodia przyśpieszyła i byłam nią otoczona. Przykro mi się zrobiło i smutno. Stwierdziłam, że nie będę już Diabłu dawać po mordzie. I wtedy przyszedł. Przyszedł i nawet straszny już nie był. Położył mi głowę na kolanach i zasnął, a ja go mocno przytuliłam. Był moją ciemną stroną, niezintegrowaną, nieuświadomioną. Był ciemną stroną, odrzuconą i niechcianą. Tym wszystkim, co było we mnie, a co potępiałam w innych. Herbata została dopita i Kurd zaczął się niecierpliwić. Spełnił swoją misję.

- Lucyfer, obudź się, do domu jedziemy – powiedziałam szturchając swojego Diabła.

Ale ten spał dalej.

- Lucek! Wstawaj!

Chyba mu było dobrze.

- Lucjanie, na miłość boską!

No nareszcie pomogło!

I pojechaliśmy. Pojazdem o diabelskim kolorze. A duduk z drzewa morelowego śpiewał już teraz bardzo radośnie. Już nie przypominał głosu niechcianego, odrzuconego stworzenia. Coś ważnego zostało odnalezione i przywrócone. Jak zawsze pomogły znaki.


165 wyświetleń2 komentarze

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

ZAKLĘCIE

BENEFICIARZ