NIE WSZYSTEK UMRĘ

Zbieram pestki ze zjedzonych w zaciszu domowym owoców. Sumienie mnie boli kiedy pomyślę o wyrzucaniu tych niezwykłych nośników informacji. W ziarnie jest mądrość mówiąca, że można być kimś więcej, jeśli tylko pobędzie się wystarczająco długo w ciemnej ziemi. Pestki najpierw dobrze ogryzam z miąszu. Badam czy jest jeszcze coś, co możnaby zjeść. Kiedy nie ma już nic, następuje najbardziej oczekiwana część programu. Jest to obracanie pestki na języku, badanie jej faktury i kształtu. To lepsze niż żucie gumy. Z taką jedną pestką w ustach mogę iść do sklepu lub na spacer. Albo siedzieć na podwórku w słońcu. Język dotyka ścianek ziarna. Pestka może być chropowata, gładka, śliska, okrągła, podłużna, lub z przegródką w środku. Między podniebieniem a językiem odbywa się akt miłosny. Ślinienie, ssanie, podgryzanie, lizanie. Ślinienie, ssanie, podgryzanie, lizanie. Dar pieszczoty. Po akcie pestki suszą się w kuchni na ręczniku papierowym. A potem trafiają do niewielkich, szklanych butelek po syropie klonowym. Butelka po syropie klonowym to kolejna rzecz, którą grzech wyrzucić. Ma kształt gruszkowaty, ale jest płaska z przodu i z tyłu. Szyjkę ozdabia małe uszko. Kiedy przy śniadaniu kończy się mi syrop klonowy, wiem, że czas na drugie życie butelki. Moczę w zlewie, odklejam naklejki i mam kształ, który wypełnią pestki.

Zmieniłam się. Znowu. Ludzie gadają, że człowiek się nie zmienia, a ja się, kurna, zmieniam dwa razy do roku. Zmiana zaczyna się od głowy. Tuż przy czubku czuję dziwne mrowienie, towarzyszy temu też obniżony nastrój oraz dezorientacja, bo przez pewien czas nie wiem kim jestem. Kiedyś bałam się tych stanów, ale teraz rozpoznaję je jako wgrywanie nowego systemu. Kiedyś walczyłam, próbując się bronić, ale doszłam do wniosku, że miotanie się powoduje tylko niepotrzebne cierpienie. Teraz po prostu daję sobie czas, wiedząc, że przechodzę kolejną transformację. Znowu jestem pestką wrzuconą do ziemi. Zbutwieję, rozłożą mi się ścianki i kiełek życia powędruje w kierunku słońca, stając się silną rośliną. Potem wydam owoc i znowu stanę się pestką. Ten nieskończony proces reinkarnacji przynosi owoc w postaci nowej percepcji. Być może zmiana postrzegania to naturalny proces ewolucji.

Zmieniłam się. Tym razem zmiana dotyczy akceptacji nieistnienia. Całe życie próbowałam zaistnieć, udowodnić swoją wartość, zasłużyć na miejsce na Ziemi. Dopiero akceptacja faktu, że jestem niczym dała mi prawdziwe uczucie wolności. Przestając przegladać się w innych, stałam się ważna dla siebie samej. I każda moja chwila stała się ważna. Od tej pory kontempluję nieistnienie. Nieistnienie w przyszłości, kontra istnienie w "teraz", nadaje każdej chwili podniosły charakter, tak jakby dopiero porównanie i odpowiedni punkt odniesienia powodował zmianę. Czy nieistnienie jest prawdą? Nie wiem. Ale na pewno warto użyć tej perspektywy niczym filtra lub okularów i zobaczyć co się zmieni w „teraz”. Jestem pyłkiem. Zniknę i nic po mnie nie pozostanie. I to jest jaknajbardziej w porządku. Więc żyję, póki jest mi to dane ssając pestki po zjadanych w zaciszu domowym owocach. Coś we mnie każe mi ssać te pestki, a potem osuszać je i wkładać do butelek po syropie klonowym. Coś we mnie mówi, że wkrótce przyjdzie czas je posadzić w małych doniczkach. A kiedy wykiełkują, rozdać ludziom. Czyżby natura zaczęła reagować na moją akceptcję nieistnienia? Ślina też jest nośnikiem informacji. Być może w akcie miłosnym pestki zostają przeprogramowane i w każdej z nich będzie trochę ze mnie. Nie wszystek umrę. Pozostaną po mnie drzewa i słowa.

181 wyświetleń2 komentarze

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

ZAKLĘCIE

BENEFICIARZ